#026
- Shail, uspokój się. - Ricko westchnął ciężko, wyraźnie zmęczony moim zachowaniem, unosząc wzrok znad ekranu telefonu. - I usiądź wreszcie na dupie, bo mnie irytujesz i przez ciebie nie mogę dokończyć gry.
W pierwszej chwili nijak zareagowałem na słowa szatyna, gdyż dalej próbowałem wyryć pokaźną ścieżkę w czerwonym, starym dywanie, chodząc w kółko i zadręczając się myślami kotłującymi w mojej głowie. Za cholerę nie mogłem skupić się na niczym, a każda kolejna próba kończyła się klęską ledwie po minucie. Na domiar złego nawet najmniejsza, błaha rzecz potrafiła wyprowadzić mnie z równowagi, choć myślałem, że udało mi się nad tym przynajmniej w większym stopniu zapanować. A wszystko to działo się od czasu, gdy zostawiłem Alex pod drzwiami szpitala. Wiedziałem jedynie tyle, że żyje i jest lepiej, lecz z drugiej strony trafiał mnie jasny szlag, kiedy nie mogłem nic innego zrobić tylko siedzieć i patrzeć.
Chociaż...
- Shail? Nie ma mowy, znam ten wyraz twarzy - Ricko wstał, krzyżując ramiona na torsie. - Kto cię tym razem wyciągnie z kłopotów?
- Uspokój się, tchórzu, idę po fajki - wywróciłem oczami, mijając go i kierując się w stronę drzwi. - Straszny mięczak się z ciebie zrobił odkąd jesteś z Nayą.
Ricko już otwierał usta gotowy coś odpysknąć, kiedy nagle z pokoju obok odezwał się znajomy, kobiecy głos
- Słyszałam...
***
Dochodziła godzina dwudziesta trzecia, gdy schowany w jednej z wąskich alejek wyczekiwałem znaku od Billyego. Trzymając w dłoni maskę i telefon, co rusz zerkałem na malujący się nieopodal oświetlony budynek szpitala, który mimo później pory nadal tętnił życiem. Kiedy haker włamie się do systemu i wyłączy kamery nie będę miał za wiele czasu na to, aby wejść do środka i znaleźć odpowiednią salę, zwłaszcza, jeśli przy moim szczęściu trafię na ochronę. Miałem cichą nadzieję na to, że plan wypali, a mi uda się znaleźć Alex. Nie potrzebowałem wiele, chciałem tylko i wyłącznie z nią porozmawiać - czy też spuścić wpierdolekhem.
Nagle ekran telefonu rozbłysł jasnym, oślepiającym światłem, a na jego ekranie głównym pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości. Zakładając maskę na twarz jednym kliknięciem otworzyłem prawidłową aplikację, odczytując wiadomość od Billyego.
Prąd też mam cyknąć? Sala na drugim piętrze, wespnij się po rynnie czy coś takiego.
Wywróciłem oczami.
Rób swoje, resztę zostaw mnie.
Wysławszy wiadomość wsunąłem telefon z powrotem do kieszeni i nie tracąc więcej czasu pobiegłem w stronę budynku. Mimo wszystko zdecydowałem się nie ryzykować wybijania szyb, a przekraść się do środka tylnym wejściem ewakuacyjnym. Cały personel szpitalny był tak zaabsorbowany zniknięciem światła i prądu, że nawet nikt nie zwrócił uwagi na ciemną postać przemykającą korytarzem, a właśnie o to najbardziej chodziło.
Cicho naciskając klamkę wsunąłem głowę do środka pomieszczenia, rozglądając się dla upewnienia, że nikogo nie ma w środku. Widząc jednak jedno zajęte łóżko i tylko jedne zwłoki na nim leżące zamknąłem za sobą drzwi, powoli podchodząc bliżej.
Spała, podłączona pod aparaturę, z maską tlenową i świeżymi bandażami. Mogłem zgadywać, ale nie przeszła w tym szpitalu tylko i wyłącznie jednej operacji, a niedawno mogła wrócić z kolejnej. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała odejść z tego świata.
Przetarłem twarz dłonią, mieląc w ustach przekleństwo. Po cholerę tam przychodziła, sama mogła umrzeć, kolejny raz ratując nam tyłki.
- Głupia, bezmyślna kłamczucha... - warknąłem wyciągając z kieszeni kawałek pogniecionej kartki. Wyszukawszy skądś długopis narysowałem na niej nieco pokrzywionego, lecącego orła, a na dole, w lewym kącie dopisałem duże "L". Zginając kartkę na powrót na jedną połowę wsunąłem ją delikatnie pod dłoń dziewczyny, a następnie składając na jej czole krótki pocałunek szybko wybiegłem z sali, póki jeszcze miałem ku temu okazje.
Shail
W pierwszej chwili nijak zareagowałem na słowa szatyna, gdyż dalej próbowałem wyryć pokaźną ścieżkę w czerwonym, starym dywanie, chodząc w kółko i zadręczając się myślami kotłującymi w mojej głowie. Za cholerę nie mogłem skupić się na niczym, a każda kolejna próba kończyła się klęską ledwie po minucie. Na domiar złego nawet najmniejsza, błaha rzecz potrafiła wyprowadzić mnie z równowagi, choć myślałem, że udało mi się nad tym przynajmniej w większym stopniu zapanować. A wszystko to działo się od czasu, gdy zostawiłem Alex pod drzwiami szpitala. Wiedziałem jedynie tyle, że żyje i jest lepiej, lecz z drugiej strony trafiał mnie jasny szlag, kiedy nie mogłem nic innego zrobić tylko siedzieć i patrzeć.
Chociaż...
- Shail? Nie ma mowy, znam ten wyraz twarzy - Ricko wstał, krzyżując ramiona na torsie. - Kto cię tym razem wyciągnie z kłopotów?
- Uspokój się, tchórzu, idę po fajki - wywróciłem oczami, mijając go i kierując się w stronę drzwi. - Straszny mięczak się z ciebie zrobił odkąd jesteś z Nayą.
Ricko już otwierał usta gotowy coś odpysknąć, kiedy nagle z pokoju obok odezwał się znajomy, kobiecy głos
- Słyszałam...
***
Dochodziła godzina dwudziesta trzecia, gdy schowany w jednej z wąskich alejek wyczekiwałem znaku od Billyego. Trzymając w dłoni maskę i telefon, co rusz zerkałem na malujący się nieopodal oświetlony budynek szpitala, który mimo później pory nadal tętnił życiem. Kiedy haker włamie się do systemu i wyłączy kamery nie będę miał za wiele czasu na to, aby wejść do środka i znaleźć odpowiednią salę, zwłaszcza, jeśli przy moim szczęściu trafię na ochronę. Miałem cichą nadzieję na to, że plan wypali, a mi uda się znaleźć Alex. Nie potrzebowałem wiele, chciałem tylko i wyłącznie z nią porozmawiać - czy też spuścić wpierdolekhem.
Nagle ekran telefonu rozbłysł jasnym, oślepiającym światłem, a na jego ekranie głównym pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości. Zakładając maskę na twarz jednym kliknięciem otworzyłem prawidłową aplikację, odczytując wiadomość od Billyego.
Prąd też mam cyknąć? Sala na drugim piętrze, wespnij się po rynnie czy coś takiego.
Wywróciłem oczami.
Rób swoje, resztę zostaw mnie.
Wysławszy wiadomość wsunąłem telefon z powrotem do kieszeni i nie tracąc więcej czasu pobiegłem w stronę budynku. Mimo wszystko zdecydowałem się nie ryzykować wybijania szyb, a przekraść się do środka tylnym wejściem ewakuacyjnym. Cały personel szpitalny był tak zaabsorbowany zniknięciem światła i prądu, że nawet nikt nie zwrócił uwagi na ciemną postać przemykającą korytarzem, a właśnie o to najbardziej chodziło.
Cicho naciskając klamkę wsunąłem głowę do środka pomieszczenia, rozglądając się dla upewnienia, że nikogo nie ma w środku. Widząc jednak jedno zajęte łóżko i tylko jedne zwłoki na nim leżące zamknąłem za sobą drzwi, powoli podchodząc bliżej.
Spała, podłączona pod aparaturę, z maską tlenową i świeżymi bandażami. Mogłem zgadywać, ale nie przeszła w tym szpitalu tylko i wyłącznie jednej operacji, a niedawno mogła wrócić z kolejnej. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała odejść z tego świata.
Przetarłem twarz dłonią, mieląc w ustach przekleństwo. Po cholerę tam przychodziła, sama mogła umrzeć, kolejny raz ratując nam tyłki.
- Głupia, bezmyślna kłamczucha... - warknąłem wyciągając z kieszeni kawałek pogniecionej kartki. Wyszukawszy skądś długopis narysowałem na niej nieco pokrzywionego, lecącego orła, a na dole, w lewym kącie dopisałem duże "L". Zginając kartkę na powrót na jedną połowę wsunąłem ją delikatnie pod dłoń dziewczyny, a następnie składając na jej czole krótki pocałunek szybko wybiegłem z sali, póki jeszcze miałem ku temu okazje.
Shail
Komentarze
Prześlij komentarz