#027
Musiałam się obudzić, teraz. Słyszę go, czuję, jest tu. Walczyłam z całych sił by otworzyć oczy, wygrałam. -L..Luc...-wysapałam cicho, jednak na tyle głośno by zatrzymał się w połowie otwierania drzwi i odwrócił w moją stronę. Zamknął drzwi i podbiegł do łóżka. -Głupia kłamczucha... -przysunął krzesło i usiadł obok. -Mogłaś zginąć...nadal możesz... -D..dla was..wsz...wszystko...dl..dla..cie...bie...- mógł mnie nienawidzić za kłamstwa, ale nie żałuję. Pierwszy raz czułam coś takiego, ten demon ciągnący się za mną jak cień przez tyle lat rozkochał mnie w sobie i nie mogłam z tym walczyć. - w..wy..bacz... Spuścił głowę, wiedziałam, że mocno zaciska zęby. -...Nie wybaczę ci jeśli umrzesz... -ścisnął moją dłoń. -Rób co chcesz...tylko nie umieraj... Chciałam coś powiedzieć, ale chłopak mocniej ścisnął moją rękę i odezwał się szybciej. -Ledwo mówisz...więc tego nie rób. -zmrużył oczy i wstał. Słyszałam, że alarm ustał. -P..przyj..dziesz?.. -Przyjdę... -na chwilę zdjął maskę i złożył...