#023
Podobało mi się w nowym lokum. Motel był duży i utrzymany w dobrym stanie. Po wymianie kilku drzwi i poprowadzeniu kabla, którym kradniemy prąd i internet od sąsiadów, mieszkało się znośnie. Razem z Luc'em zajęliśmy duży pokój na samej górze, jedyny pokój na piętrze plus łazienka tylko dla nas. Wszystko było utrzymane w czerwieni i bordo, duże łóżko stało na samym środku pokoju, ogromne okna skierowane były na Seattle.
-Przypomina bardziej trzygwiazdkowy hotel... -mruknęłam w przerwie między pocałunkami, które składałam na jego szyi. Luc mruczał cicho z odchyloną głową w tył i błogim uśmieszkiem na twarzy.
-Bo to jest hotel... Tylko potocznie nazywali to motelem. Właściciele nie zapłacili haraczu i skończyli gdzieś zakopani żywcem.
Poczuł jak się wzdrygam.
-Żywcem? -zapytałam cicho patrząc w jego oczy. Kiwnął i przybliżył się do mojego ucha.
-Zawsze mogło być gorzej. -syknął przygryzając płatek i wbijając palce w moje pośladki. W odpowiedzi wbiłam mu paznokcie w kark na co odpowiedział groźnym warknięciem i przewrócił mnie pod siebie. -Tak się nie bawimy... -powoli zbliżył swoją twarz do mojej.
-Nie? -zawadiacki uśmieszek nie schodził mi z twarzy.
-Nie...
Jego szept odbił się echem w mojej głowie a jego usta wpiły się łapczywie w moje.
***
Leżałam grzebiąc coś w laptopie gdy nagle z zamyślenia wyrwał mnie krzyk Billyego a potem szybkie kroki. Cicho otworzyłam drzwi i zeszłam do połowy schodów.
-Złapali ich! -Billy trzymał laptopa pokazując palcem miejsce gdzie nadajniki przestały odpowiadać.
Przetarłam ręką twarz, ZNÓW wpadli w kłopoty i ZNÓW to ja muszę ich ratować.
Wyjęłam maskę schowaną gdzieś pod podłogą, przygotowałam broń, wrzuciłam laptopa do torby i wyszłam oknem. Szybko przemknęłam po dachach na chwilę zatrzymując się i zawieszając wzrok na Seattle. Noc była spokojna, mgła lekko unosiła się nad ziemią a delikatny wiatr wplątywał się we włosy. Nie mogłam nacieszyć się widokiem wiedząc, że policja ma zamiar wpakować mojemu lubemu kulkę w potylicę. Jeszcze jeden taki jego wyczyn i sama to zrobię dla świętego spokoju.
Zakute w kajdany wróble stały pod ścianą z roztargnieniem wpatrując się w brudny mur. Strzał. Jeden z Orłów padł martwy na ziemię. Kolejny miał być Ricko. Zielonooki odwrócił głowę w stronę Rudej zalanej łzami. Uśmiechnął się smutno i wyszeptał jak bardzo ją kocha. Strzał a potem kolejny i kolejny. Psy padły jak muchy. Gładko zaskoczyłam na ziemię i odwróciłam się w stronę zaskoczonych ofiar losu. Z ironia zaklaskałam w dłonie.
-Świeeeetna akcja! Cudownie. No wszystko dopięte na ostatni guzik. -powoli podeszłam do Shaila i reszty. - Może jednak to ja powinnam dowodzić Orłami, co wy na to?
Obeszłam ich na około ściągając po kolei kajdanki z ich nadgarstków. Ruda od razu przytuliła Ricko.
-Jaka z was słodka parka. Nie chcieliście się przypadkiem zabić jakieś pięć lat temu? -mruknęłam patrząc na nich.
-To z miłości. -Naya uśmiechnęła się słodko i sprzedała soczystego plaskacza Ricko. -To przez ciebie nas idioto złapali! I jeszcze śmiałeś prawie zginąć?!
Wolnym krokiem podeszłam do Shaila i podałam mu jego maskę. Kiwnął głową w ramach podziękowania i schował rozwalony nos za maską.
-Może zaczniecie mi płacić za ratowanie waszych ptasich tyłków? Nie powiem nie...
-Ja powiem nie. -warknał i zebrał resztę rzeczy rozrzuconych po ziemi. Znałam ten wark, nie był wcale zły choć na takiego chciał wyglądać. Miałam zamiar rzucić jakaś nienaganną obelgą w jego stronę, z miłości oczywiście, ale przerwał mi to ból a po nim krzyk, który wyrwał się z mojego gardła. Między blokami odbił się echem dźwięk wystrzału, złapałam się za brzuch i upadłam na niebieskookiego. Chłopak szybko wziął mnie na ręce i zniknął, razem z resztą Orłów w ciemnych uliczkach Seattle.
Po czole spływał mi zimny pot, miedzy palcami przeciekła krew. Ostatkami sił trzymałam się życia. Czułam na zmianę zimno i gorąco.
-Alex! Alex cholera! - głos Shaila odbił się echem ale był jakby daleko. Wyciągnęłam okrwawioną dłoń w stronę jego maski delikatnie ją dotykając. Z trudem, zbierając wszystkie siły, wydobyłam z siebie słaby głos.
-Nie daj mi umrzeć...
Czułam jakby coś ze mnie wyrwano, całe życie. Moja dłoń zsunęła się z jego maski zostawiając krwawą smugę. W ostatniej chwili poczułam jak moja własna maska zsuwa się z mojej twarzy i upada na ziemię pękając na dwie części.
_Alex_
Komentarze
Prześlij komentarz