#022
- Al, naprawdę nie chcę się denerwować - westchnąłem ciężko, na moment zamykając oczy, aby uspokoić narastający we mnie gniew i przy okazji postarać się nie podnosić głosu, który powoli zamiast składnych zdań zaczął przypominać warczenie.
W tamtym momencie, choć najprawdopodobniej w oczach dziewczyny wyglądało to zupełnie inaczej, w większości zły byłem na samego siebie, niż na Alexandrę. Zbyt zajęty sprawami Orłów, przeróżnymi, nocnymi wypadami i posiedzeniami, obmyślaniem planów i składaniem poszarpanej przeszłości nie spędzałem z nią za wiele czasu, a co za tym idzie, większość dni spędzała zupełnie sama, skazana wyłącznie na szmery i ciche jęki dochodzące z wnętrza starego budynku. Poza tym tylko idiota nie domyśliłby się, że skoro są to ruiny szpitala psychiatrycznego to na pewno muszą ukrywać się tu resztki pozostawionych leków, którymi Al oczywiście nie pogardziła. Czasami mam wrażenie, że pomimo wieku nadal niczego się nie nauczyłem, a jedynie powtarzam swoje błędy, nieustannie prześladujące mnie niczym własny cień.
- Gdybyśmy przenieśli się stąd już jakiś czas temu nie doszłoby do tego - burknęła nieco niepewnie, uciekając wzrokiem w bok.
Zamilkłem na moment, by następnie przejechać dłonią po karku i skrzywić się, zdając sobie sprawę z tego, że miała rację.
- Wiem - odparłem w końcu, siadając obok i oparłszy się o ścianę pociągnąłem ją na swoje kolana usadzając przodem do siebie. - I przepraszam, powinienem był o tym pomyśleć. Wynosimy się stąd.
- Serio? - ożywiła się nagle, przez chwilę wyglądając jak małe dziecko, któremu mama postanowiła kupić jednak zabawkę.
- W nocy pójdziemy zrobić ostateczny obchód i jutro możemy już stąd wypieprzać.
- W nocy? - skrzywiła się, chmurząc nagle. - Myślałam, że chociaż dzisiaj ze mną zostaniesz...
Zamiast odpowiedzieć ująłem jej twarz w dłonie i złożyłem na jej ustach krótki pocałunek.
- Ostatni raz.
***
- Bijesz się jak baba - parsknąłem śmiechem, unosząc kącik ust w drapieżnym uśmiechu, kiedy wolnym krokiem okrążałem szatyna, nie spuszczając go przy tym z oczu. Ricko stojący parę metrów przede mną odetchnął głęboko parę razy, wyrównując oddech, po czym odgarnął klejące mu się do czoła brązowe kosmyki.
- Możesz mnie chociaż raz w życiu nie hejtować?
- Czemu? Lubię znęcać się nad ludźmi. I tobą - dodałem, wyprowadzając szybko cios, aby tylko się nie roześmiać z rozżalonej, przesadnie udawanej miny chłopaka. Dochodziła godzina dwudziesta, a my czekając na powrót reszty Orłów, by móc ruszyć do opuszczonego hotelu, znajdowaliśmy się w jednej z większych, szpitalnych sali, trenując, czy też robiąc cokolwiek, byleby nie siedzieć bezczynnie w miejscu. Al, nadal pod działaniem dawki leków, które ostatnio wzięła - i które nawiasem mówiąc były jej ostatnimi - wciąż spała, a ja, będąc pewien, że nic jej nie jest, postanowiłem jednak jej nie budzić.
Nagle Ricko, któremu podciąłem nogi w myśl, że na tym zakończymy naszą walkę, niespodziewanie złapał mnie za ramię, przez co tracąc równowagę wraz z nim przywaliłem plecami o twardą, zimną podłogę. Mimo wszystko on w przeciwieństwie do mnie miał na sobie koszulkę na grubszych ramiączkach, więc jego plecy nie ucierpiały aż tak jak moje, gdyż ja pozbyłem się górnego ubrania już jakiś czas temu, pozostając jedynie w czarnych rękawiczkach bez palców.
- Dość, muszę zapalić - westchnąłem, dźwigając się z cichym sykiem do pozycji siedzącej.
- Idzie raczek nieboraczek jak ugryzie to będzie co? Chemioterapia - zanucił wesoło, nagle spoglądając w stronę drzwi, a widząc postać stojącą w ich progu uśmiechnął się szeroko. - Alexandra, słońce! Nasza śpiąca królewna wstała.
Wywróciłem oczami, a Al uśmiechnęła się lekko.
- Mam nadzieję, że cieszysz się, że zostajemy sami? - podniósł się z podłogi i skocznym krokiem zbliżył się do dziewczyny, a będąc tuż obok i zapewne myśląc, że nie słyszę, wyszeptał. - Opowiem ci wszystkie najbardziej przypałowe historie z życia Shaila.
- Słyszałem.
Ricko natomiast nic już nie dodał, a jedynie na odchodne puścił oczko Al i pogwizdując pod nosem zniknął na korytarzu.
Shail
W tamtym momencie, choć najprawdopodobniej w oczach dziewczyny wyglądało to zupełnie inaczej, w większości zły byłem na samego siebie, niż na Alexandrę. Zbyt zajęty sprawami Orłów, przeróżnymi, nocnymi wypadami i posiedzeniami, obmyślaniem planów i składaniem poszarpanej przeszłości nie spędzałem z nią za wiele czasu, a co za tym idzie, większość dni spędzała zupełnie sama, skazana wyłącznie na szmery i ciche jęki dochodzące z wnętrza starego budynku. Poza tym tylko idiota nie domyśliłby się, że skoro są to ruiny szpitala psychiatrycznego to na pewno muszą ukrywać się tu resztki pozostawionych leków, którymi Al oczywiście nie pogardziła. Czasami mam wrażenie, że pomimo wieku nadal niczego się nie nauczyłem, a jedynie powtarzam swoje błędy, nieustannie prześladujące mnie niczym własny cień.
- Gdybyśmy przenieśli się stąd już jakiś czas temu nie doszłoby do tego - burknęła nieco niepewnie, uciekając wzrokiem w bok.
Zamilkłem na moment, by następnie przejechać dłonią po karku i skrzywić się, zdając sobie sprawę z tego, że miała rację.
- Wiem - odparłem w końcu, siadając obok i oparłszy się o ścianę pociągnąłem ją na swoje kolana usadzając przodem do siebie. - I przepraszam, powinienem był o tym pomyśleć. Wynosimy się stąd.
- Serio? - ożywiła się nagle, przez chwilę wyglądając jak małe dziecko, któremu mama postanowiła kupić jednak zabawkę.
- W nocy pójdziemy zrobić ostateczny obchód i jutro możemy już stąd wypieprzać.
- W nocy? - skrzywiła się, chmurząc nagle. - Myślałam, że chociaż dzisiaj ze mną zostaniesz...
Zamiast odpowiedzieć ująłem jej twarz w dłonie i złożyłem na jej ustach krótki pocałunek.
- Ostatni raz.
***
- Bijesz się jak baba - parsknąłem śmiechem, unosząc kącik ust w drapieżnym uśmiechu, kiedy wolnym krokiem okrążałem szatyna, nie spuszczając go przy tym z oczu. Ricko stojący parę metrów przede mną odetchnął głęboko parę razy, wyrównując oddech, po czym odgarnął klejące mu się do czoła brązowe kosmyki.
- Możesz mnie chociaż raz w życiu nie hejtować?
- Czemu? Lubię znęcać się nad ludźmi. I tobą - dodałem, wyprowadzając szybko cios, aby tylko się nie roześmiać z rozżalonej, przesadnie udawanej miny chłopaka. Dochodziła godzina dwudziesta, a my czekając na powrót reszty Orłów, by móc ruszyć do opuszczonego hotelu, znajdowaliśmy się w jednej z większych, szpitalnych sali, trenując, czy też robiąc cokolwiek, byleby nie siedzieć bezczynnie w miejscu. Al, nadal pod działaniem dawki leków, które ostatnio wzięła - i które nawiasem mówiąc były jej ostatnimi - wciąż spała, a ja, będąc pewien, że nic jej nie jest, postanowiłem jednak jej nie budzić.
Nagle Ricko, któremu podciąłem nogi w myśl, że na tym zakończymy naszą walkę, niespodziewanie złapał mnie za ramię, przez co tracąc równowagę wraz z nim przywaliłem plecami o twardą, zimną podłogę. Mimo wszystko on w przeciwieństwie do mnie miał na sobie koszulkę na grubszych ramiączkach, więc jego plecy nie ucierpiały aż tak jak moje, gdyż ja pozbyłem się górnego ubrania już jakiś czas temu, pozostając jedynie w czarnych rękawiczkach bez palców.
- Dość, muszę zapalić - westchnąłem, dźwigając się z cichym sykiem do pozycji siedzącej.
- Idzie raczek nieboraczek jak ugryzie to będzie co? Chemioterapia - zanucił wesoło, nagle spoglądając w stronę drzwi, a widząc postać stojącą w ich progu uśmiechnął się szeroko. - Alexandra, słońce! Nasza śpiąca królewna wstała.
Wywróciłem oczami, a Al uśmiechnęła się lekko.
- Mam nadzieję, że cieszysz się, że zostajemy sami? - podniósł się z podłogi i skocznym krokiem zbliżył się do dziewczyny, a będąc tuż obok i zapewne myśląc, że nie słyszę, wyszeptał. - Opowiem ci wszystkie najbardziej przypałowe historie z życia Shaila.
- Słyszałem.
Ricko natomiast nic już nie dodał, a jedynie na odchodne puścił oczko Al i pogwizdując pod nosem zniknął na korytarzu.
Shail
Komentarze
Prześlij komentarz