#021

Wiem, że mi zabronił, ale nie mogłam wytrzymać. Przez ostre gradobicia musieliśmy wstrzymać przeprowadzkę do motelu i nadal tkwiliśmy w tym chorym miejscu. Mijał chyba trzeci dzień gdzie nie zmrużyłam oka. Shail/Luc nie miał z tym problemu, mimo, że starał się udawać, że "wcale nie śpi". Wszyscy są na zebraniu, mnie ono nie dotyczy. Nie chce wiedzieć w jakie gówno znów się pakują i z jakiego gówna będę musiała ich wyciągać. Kilkanaście minut błądziłam po budynku szukając klitki byłych lekarzy. Znalazłam, bez wahania weszłam do środka i zaczęłam przetrząsać szafki w poszukiwaniu leków. Musieli coś tu trzymać. Musieli. Trzęsły mi się ręce przez co kilka razy zacięłam się szkłem ze zniszczonych gablotek. Znalazłam i o dziwo nawet data była znośna.
-Co tu robisz? -piskliwy kobiecy głos odbił się echem. -Powinnaś być na zebraniu.
-Tak samo jak ty. -syknęłam i szybko schowałam leki do kieszeni bluzy. -Wasze zebrania mnie nie dotyczą. Jak sprawa z policją ucichnie zabieram Luciusa i wyjeżdżamy.
-Nazywa się Shail i nigdzie się nie wybiera. Orły to jego życie, a ty jesteś zwykłą egoistką.
-Uważaj co mówisz. -zacisnęłam pięści, czułam jak gniew, jak nieodparta chęć mordu rozpływa się po moim ciele. -Zabieracie mu normalne życie.
-HA! A ty to co? Uważasz, że zrobi się z niego książę z bajki? To morderca, przed tobą było wiele innych. Dziwki, alkohol i wieczne trupy, to jest jego życie. Zostaw nas w spokoju i wracaj do swojego nudnego życia. -wyszła, wcześniej mocno trzaskając drzwiami.

Siedziałam mu na kolanach. Znalazł chwilę dla mnie, krótką, ale i tak byłam szczęśliwa.
-Całą noc? -jęknęłam niezadowolona.
-Wrócę przed świtem. Postaraj się zasnąć. Choć spróbuj. -wtulił się w moją szyję. O tak, już ja się postaram żeby zasnąć.
-...Luc...wyjedźmy stąd. Daleko... -zaczęłam błagalnym tonem.
-Nie mogę... -uciął krótko. Nie miał zamiaru kłócić się ze mną o to teraz. -Porozmawiamy jak wrócę..
Wstał i założył maskę.
-Zawsze tak mówisz. -mruknęłam zła i odwróciłam się tyłem do niego. Usłyszałam jak wzdycha ciężko i wychodzi.

Znów sporo tabletek zajęło nim zasnęłam. Shaila i tak nie było, z tego co wiem byłam tylko ja, Billy i Ricko na kacu. Owinęłam się w jego bluzę, jak zawsze gdy go nie było. Uzależniłam się od mordercy, a on nadal nie zdawał sobie sprawy z kim śpi. Że śpi z jeszcze gorszym demonem. Niepokoi mnie ta laska, kręci się wokół niebieskookiego odsuwając mnie od niego jak tylko się da. Wiem, zazdrość, ale ona coś kombinuje. To czuć.

Mimo, że wrócili nie przyszedł się przywitać. Słyszałam przez sen szamotaninę, ktoś dostał w pysk. Chyba ofiarą był Ricko, przynajmniej tak stawiam po nędznym jęku, który wydał. Drzwi lekko uchyliły się, wiedziałam, że to był Luc. Zobaczył, że śpię i wycofał się. Potem głosy oddaliły się, na komendę psychopaty najwyraźniej znów przenieśli się na dół.

Miałam problem z obudzeniem się, ale wolałam spać niż siedzieć i patrzyć w ściany psychiatryka. Nienawidziłam tego miejsca, wariowałam tu. Cała atmosfera tego miejsca sprawiała, że można by zamknąć mnie w miejscu jak to.

_Alex_

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#017

#019

#015