#020

Reszty nocy nie przespaliśmy oboje. Al, pomimo tego, że leżałem tuż obok obejmując ją mocno, co jakiś czas wzdrygała się nerwowo, łkała, to podnosiła gwałtownie rozglądając na boki z przeświadczeniem, że słyszała jakieś dziwne dźwięki na korytarzu. Samemu by mi się to nie podobało, kiedy byłbym pewien, że jesteśmy sami w budynku, jednak na wszystkich piętrach losowo ulokowane były Orły i zawsze mógł się trafić ktoś, kto najzwyczajniej w świecie działał wedle zasady "sen jest dla słabych".

I właśnie tej nocy, choć była to pierwsza i najprawdopodobniej ostatnia noc tutaj, zacząłem poważnie zastanawiać się nad pomysłem przeniesienia do opuszczonego motelu. Z tego co słyszałem został on zamknięty stosunkowo niedawno, więc nie był rozchwianą, niebezpieczną ruiną i nikt do tej pory nie czaił się, aby go kupić i odremontować. Przynajmniej o tyle dobrze dla nas.

Nagle poczułem jak palce Al kurczowo zaciskają się na moim ramieniu, a paznokcie boleśnie wbijają w skórę. Syknąłem cicho, wyrywając się tym samym z własnych myśli, po czym zerknąłem pytająco w stronę dziewczyny. Widząc jednak jej przerażoną twarz w porę zamilkłem, wodząc wzrokiem tam, gdzie kierował się jej.

Unosząc się lekko na łokciach zmrużyłem oczy, chcąc dojrzeć cokolwiek w tych nieprzeniknionych ciemnościach i spojrzałem w stronę wyjścia z sali, prosto na korytarz. Przez krótką chwilę, kiedy skupiłem się mocno na otaczającej mnie ciszy, udało mi się wyłapać wśród niej ciche, przygłuszone, dziecięce śmiechy odbijające się od pustych ścian korytarza, szepty i kroki. Gdybym uwierzył w idiotyczne opowiadania Ricko, którymi próbował wystraszyć nas tego wieczora, o tym, że w tym szpitalu psychiatrycznym leczono również dzieci robiąc na nich nieludzkie eksperymenty, a gdy umierały ich zwłoki grzebano na terenie tej placówki, może i sam zacząłbym się bać.

Ale błagam...

- Zaraz wrócę - westchnąłem ciężko, dźwigając się z łóżka i wkładając płaszcz.

- Nie zostawiaj mnie! - syknęła Al, mocniej łapiąc mnie za rękę.

- Wrócę, obiecuje - szepnąłem, całując ją krótko, po czym zirytowany opuściłem sale, cicho wychodząc na korytarz.

Przez dobre parę minut stałem w miejscu, próbując zlokalizować źródło nocnych hałasów, a przy tym pilnować, abym sam nie został zlokalizowany, bo wtedy nie byłoby żadnej zabawy. Na moje szczęście, ciche chichoty z parteru najprawdopodobniej przeniosły się do piwnic, gdyż upewniły mnie w tym oddalające się coraz bardziej kroki, zapewne niknące już na schodach. Nie ociągając się również ruszyłem w tamtą stronę, zachowując się najciszej jak tylko mogłem. Jeszcze zobaczymy kto kogo postraszy.

- Masz coś? 

- Niee, tu chyba nic nie ma. Mówiłam, że lepiej tu nie włazić, tu jest okropnie... - Do głosu należącego do chłopaka dołączył się po chwili głos dziewczęcy, najwyraźniej niezadowolony z tego, że oboje znajdują się w kostnicy.

- Serio boisz się? - Chłopak prychnął pod nosem, wyraźnie kpiąc ze swojej towarzyszki.

- A jeśli Ricko mówił poważnie o tych dzieciach i one straszą w tym szpitalu? Może niepotrzebnie robiliśmy sobie z tego żarty chcąc wystraszyć resztę?

- Daj spokój, przecież...

Chłopak nie zdążył dokończyć, gdyż nagle drzwi do kostnicy gwałtownie zatrzasnęły się, uniemożliwiając im jakąkolwiek ucieczkę. Jeszcze nim zdążyłem uśmiechnąć się szatańsko po piętrach budynku rozeszły się głośne wycia, piski, krzyki i lamenty. Powstrzymując śmiech jeszcze przez chwilę przytrzymywałem drzwi, aż w końcu puściłem je, pozwalając, aby dwa klony o różnych płciach wypadły na korytarz, w panice o mało co nie zabijając się, kiedy uderzyły w ścianę. W pierwszej chwili nie oglądając się nigdzie chciały czym prędzej uciekać, lecz nagle wzrok chłopaka przekręcił się na mnie, opierającego ze skrzyżowanymi na torsie ramionami o drzwi.

- Shail! Serio?!

- Gówniarzeria do spania - warknąłem, łapiąc szesnastolatków za szmaty i ciągnąc na wyższe piętra. Bliźniacze rodzeństwo przyczepiło się do nas już jakiś czas temu, łażąc krok w krok tam, gdzie my. Z początku przepędzaliśmy ich, potem olewaliśmy, aż w końcu stwierdziliśmy, że dopóki nie robią większych kłopotów my nie musimy robić im krzywdy. Nancy była miedzianowłosym, roztrzepanym cieniem swojego brata, zawsze pojawiającym się tam, gdzie nie trzeba, a Michael bawił się w sapera konstruując bomby "tak dla rozrywki", a nóż widelec przy odrobinie szczęścia jego nóżki, rączki i cała reszta organów porozsypuje się po Seattle, kiedy jego "tak dla rozrywki" zrobi niespodziewane bum.

- Oj no weeeź - jęknęła dziewczynka. - Bądź człowiek i sypnij przynajmniej jakimiś ciastkami.

- Jakbym był człowiekiem to jeszcze bym się zastanowił.

- Ey, co jest? - Nagle zza zakrętu wyłonił się zaspany, rozczochrany Ricko w towarzystwie wystraszonej Al i średnio maskującej swój strach Nayi, która pomimo kamiennej twarzy trzymała się ramienia szatyna.


Shail

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#017

#019

#015