#016

Nie mogłem uwierzyć, że to się stało. Dalej nie dopuszczałem do siebie myśli, że tak łatwo daliśmy się wkopać i ponownie wylądowaliśmy za kratami, tym razem zdradzeni przez jednego z nas, przez jakiegoś durnego szczeniaka, któremu zebrało się na żarty. Z jednej strony Billy miał racje, psy nie są już tak głupie jak lata temu, jednak to nie zmienia faktu, iż jestem kurewsko wściekły, a dodatkowo sytuacji nie poprawia kulka tkwiąca w mojej nodze. Miałem tylko nadzieje, że z Al wszystko w porządku i udało jej się uciec. Nie powinienem był w ogóle się do niej zbliżać, nie mówiąc już o mieszaniu jej życia z moim. Co z tego, że w pewnym stopniu przypominała mi Alise, skoro nigdy nią nie była i nie będzie, a ja narażałem ją tylko na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Kiedyś zapewne nawet nie byłoby mi jej żal i machnąłbym na to ręką, jednak prócz tego, że dorosłem, najwidoczniej wciąż brakuje mi prawdziwej Alisy. Pomimo tego, że jej nienawidziłem. 

- Kurwa! - warknąłem, kopiąc z całej siły zdrową nogą w kraty. 

Skarbie, zluzuj spodnie, bo się bardziej uszkodzisz. - Z celi obok dobiegł mnie spokojny, nieco lakoniczny głos Ricko. - Dopiero co odzyskaliśmy naszą miłość, a ty już chcesz to wszystko zaprzepaścić swoją śmiercią? 

Wywróciłem oczami, zastanawiając się w duchu czy szatyn nie jest przypadkiem pod wpływem jakiś prochów, co nie zdziwiłoby mnie szczególnie. Jedyna osoba, która nie zmieniła się ani trochę przez ten czas. Z jednej strony musiałem przyznać, że brakowało mi jego niewyparzonej gęby, choć nie powiedziałbym tego na głos.

- Jesteśmy przecież geniuszami zła, nie umrzemy tak łatwo! - zakrzyknął bohatersko, a korytarzem rozeszło się przytłumione "ja pierdole", należące najprawdopodobniej do Rudej. 

- Pff, zaraz wam pokaże. Na przykład otworze nam kraty.

- Yea, jesteśmy ocaleni... - mruknąłem sarkastycznie, siadając przy ścianie i wzdychając ciężko. 

Ricko jednak nie przejął się brakiem wiary w jego osobę, gdyż z jego celi dało się słyszeć jakieś afrykańskie zaklęcia, które mruczał pod nosem, by w końcu wykrzyknąć coś a'la "sezamie otwórz się". Kraty nagle zabrzęczały, zaskrzypiały i ku mojemu zdziwieniu... naprawdę rozwarły się na oścież. 

Jeszcze przez dłuższą chwile siedziałem osłupiały na zimnej, betonowej podłodze, z głupim wyrazem twarzy wpatrując się w malującą przede mną wolność. Albo Ricko naprawde był geniuszem, albo mamy szczęście, choć bardziej stawiałbym na to drugie.

Zaciskając zęby jedną ręką podparłem się ściany i szybkim ruchem dźwignąłem z ziemi, starając się zwracać jak najmniej uwagi na pulsujący ból w kończynie. W więzieniu wybuchło zamieszanie, Orły zaczęły uciekać ze swoich klatek, a gdzieś w oddali mogłem usłyszeć przygłuszone krzyki strażników. Starając się jak najszybciej dokuśtykać do wyjścia z celi byłem tak pochłonięty swoimi myślami, że nie zauważyłem Ricko, który jeszcze chwila a wpadłby na mnie, chcąc wbiec do środka celi. Jego lekko pokręcone, jasnobrązowe kosmyki opadały mu na czoło i kark, wijąc się we wszystkie strony, splątane podczas biegu, a gdy tylko mnie ujrzał uśmiechnął się zadowolony z siebie, od razu zarzucając moje ramie na jego.

- No ale przyznaj, że jestem genialny - napomniał, kiedy razem przemierzaliśmy korytarz, kierując się w stronę wyjścia ewakuacyjnego. Nie odpowiedziałem nic, gdyż mrużąc oczy w zaciętym skupieniu przyglądałem się tajemniczej postaci w płaszczu, wyłaniającej się powoli z cienia jednego z korytarzy prowadzących w prawo, parę dobrych metrów przed nami. Z początku nie mogłem dostrzec kim była owa postać, jednak gdy nieco więcej światła odgoniło cień wszystko stało się jasne. Jej twarz zakryta była przez maskę.

- No way, czy to... - Ricko z wrażenia stanął w miejscu, puszczając mnie, przez co robiąc krótki krok do przodu podparłem się na zdrowej nodze i sam zaniemówiłem.

- Alex...



Shail  

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

#017

#019

#015