#014
Kiedy przypomnę sobie sytuację, która wydarzyła się niecały miesiąc temu, do tej pory czuje zimny dreszcz przechodzący wzdłuż mojego kręgosłupa, a przed oczami staje mi obraz zapłakanej, roztrzęsionej Al, histerycznie wbijającej paznokcie w moje ramie. Nie ważne jak bardzo starałem się ją uspokoić, nic nie potrafiło dotrzeć do niej przez niezrozumiałe słowa wypowiadane podczas łkania. Nie miałem pojęcia, do czego potrafiły doprowadzić ją leki nasenne i nie miałem zamiaru rozmyślać nad tym, jak mogło się to skończyć. Widziałem wiele różnych ataków histerii podczas przedawkowania, raz sam taki przeżyłem, jednak tego widoku wolałbym nie powtarzać już nigdy i to wyłącznie dla jej dobra.
Teraz, kiedy osobiście pilnuje, aby sama nie dotykała żadnych leków, jest lepiej. Czasami jedynie wraca niepohamowana chęć zażycia czegokolwiek, lecz zazwyczaj nie trwa długo, a Al powoli wraca do normalnego życia. W przeciwieństwie do mnie, gdyż ja swoje w miarę normalne życie zamieniam na powrót w niekończącą się grę.
***
Dochodzi prawie dwunasta w nocy, gdy stojąc przed lustrem otoczony gęstym cieniem przyglądam się swojemu odbiciu, doszukując w nim tego, co widziałem jeszcze pięć lat temu. I choć tak naprawdę zmieniło się wiele, wciąż widzę w sobie cząstkę starego Shaila, ukrytego gdzieś na dnie kobaltowych tęczówek. Ostatnio coraz częściej słyszę go w swojej głowie jak naśmiewa się ze mnie, drwiąc, że nigdy nie uwolnię się od Orłów. Może i ma rację, jednak mi ani trochę to nie przeszkadza.
Zakładam płaszcz, naciągam na nos czarną chustę, a na głowę zarzucam kaptur. Cicho podchodzę do łóżka i składam delikatny pocałunek na czole śpiącej Al, po czym wychodzę. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu noc wydaje mi się wyjątkowo ładna i aż za spokojna.
Już na samym wejściu mogę bez problemu usłyszeć rozchodzące się echem po wnętrzu szpitala głosy, odbijające się głucho od zimnych, betonowych ścian i ścigające pustymi korytarzami. Wśród nich udaje mi się rozpoznać głos Billyego, który z początku opieprza kogoś, by następnie zacząć się z czegoś śmiać. Cicho i powoli stąpam przed siebie, kierując się prosto do sali z numerem 19, posiadającej najwięcej i najlepiej zachowanych, szpitalnych łóżek, które nie rozlatywały się tuż po tym, gdy ktoś na nich usiadł.
- Dobra, Billy, przestań pierdolić i powiedz po co tak naprawdę nas tu przywlokłeś. - Ostry, zirytowany, i z pewnością kobiecy, głos wybił się ponad pozostałych, przez co kącik moich ust uniósł się ku górze. Bardzo dobrze znałem ten głos.
- No spokojnie, po co te nerwy, przecież...
- Przecież złość piękności szkodzi, nie słyszałaś? - wtrąciłem się hakerowi w połowie zdania, wychodząc z cienia. - Nadchodzi rewolucja, Orły wracają do gry.
Shail
Teraz, kiedy osobiście pilnuje, aby sama nie dotykała żadnych leków, jest lepiej. Czasami jedynie wraca niepohamowana chęć zażycia czegokolwiek, lecz zazwyczaj nie trwa długo, a Al powoli wraca do normalnego życia. W przeciwieństwie do mnie, gdyż ja swoje w miarę normalne życie zamieniam na powrót w niekończącą się grę.
***
Dochodzi prawie dwunasta w nocy, gdy stojąc przed lustrem otoczony gęstym cieniem przyglądam się swojemu odbiciu, doszukując w nim tego, co widziałem jeszcze pięć lat temu. I choć tak naprawdę zmieniło się wiele, wciąż widzę w sobie cząstkę starego Shaila, ukrytego gdzieś na dnie kobaltowych tęczówek. Ostatnio coraz częściej słyszę go w swojej głowie jak naśmiewa się ze mnie, drwiąc, że nigdy nie uwolnię się od Orłów. Może i ma rację, jednak mi ani trochę to nie przeszkadza.
Zakładam płaszcz, naciągam na nos czarną chustę, a na głowę zarzucam kaptur. Cicho podchodzę do łóżka i składam delikatny pocałunek na czole śpiącej Al, po czym wychodzę. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu noc wydaje mi się wyjątkowo ładna i aż za spokojna.
Już na samym wejściu mogę bez problemu usłyszeć rozchodzące się echem po wnętrzu szpitala głosy, odbijające się głucho od zimnych, betonowych ścian i ścigające pustymi korytarzami. Wśród nich udaje mi się rozpoznać głos Billyego, który z początku opieprza kogoś, by następnie zacząć się z czegoś śmiać. Cicho i powoli stąpam przed siebie, kierując się prosto do sali z numerem 19, posiadającej najwięcej i najlepiej zachowanych, szpitalnych łóżek, które nie rozlatywały się tuż po tym, gdy ktoś na nich usiadł.
- Dobra, Billy, przestań pierdolić i powiedz po co tak naprawdę nas tu przywlokłeś. - Ostry, zirytowany, i z pewnością kobiecy, głos wybił się ponad pozostałych, przez co kącik moich ust uniósł się ku górze. Bardzo dobrze znałem ten głos.
- No spokojnie, po co te nerwy, przecież...
- Przecież złość piękności szkodzi, nie słyszałaś? - wtrąciłem się hakerowi w połowie zdania, wychodząc z cienia. - Nadchodzi rewolucja, Orły wracają do gry.
Shail
Komentarze
Prześlij komentarz