#008
Mijała właśnie druga godzina wykładu, a ja już czułem, że nie dotrwam do końca dnia. Dodatkowo pogoda na zewnątrz nie rozpieszczała swoimi urokami, gdyż od samego rana lało, a poczciwy, starszy profesor zdawał się zamiast do nas, mówić sam do siebie, przez co większość studentów na sali obśliniała swoje notatki, czy też modliła się do ławek. Jedyna rzecz jaka mnie pocieszała to sam fakt, że nie będę musiał spędzać tu paru dobrych lat, a góra miesiąc. Poza tym, gdzieś z tyłu głowy cichy głosik podpowiadał mi, iż Billy nie przez przypadek kazał mi tu siedzieć, zamiast po prostu znaleźć co trzeba i to zabrać.
Westchnąłem ciężko i wysunąłem palce z kosmyków włosów, a moja głowa, teraz już nie podtrzymywana przez dłoń, zsunęła się martwo na ramię. Opierając policzek o miękki materiał bluzy zamknąłem oczy, postanawiając zrobić dzisiejszego dnia chociaż jedną, pożyteczną rzecz i pójść spać. Nie zastanawiałem się nawet nad tym, czy staruszek zauważy mój olewczy stosunek do jego przedmiotu, ponieważ przynajmniej wtedy bym nie skłamał. Poza tym dziadek był tak zajęty wygłaszaniem swojej ognistej przemowy, że cudem byłoby, gdyby zwrócił mi jakąkolwiek uwagę.
W momencie, kiedy poczułem jak powoli odpływam, telefon w mojej kieszeni zawibrował cicho, skutecznie i na dobre odganiając ode mnie sen. Sięgając po niego dłonią życzyłem osobie po drugiej stronie, aby miała dobry powód w napisaniu do mnie.
Billy: Yo, jak wykładzić?
Ja: Nie wkurwiaj mnie.
Billy: <3 Znalazłem ich. Żyją, mają się dobrze.
Ja: Skontaktuj się z nimi, ale nie wspominaj o mnie. Kojarzysz opuszczony szpital psychiatryczny na przedmieściach?
Billy: Okeeeeey, to na razie.
Wywróciłem oczami, z powrotem wsuwając telefon do kieszeni i odetchnąłem z wyraźną ulgą. Szczerze powiedziawszy nie dopuszczałem do siebie myśli, że Naya i Ricko mogliby nie przeżyć, choć gdzieś w głębi złe przeczucia targały mną od środka. Tak czy siak Naya nie dałaby się tak łatwo zabić, a Ricko... Jemu Naya nie pozwoliłaby umrzeć.
Siedząc tak ze świadomością, że wszystko jak na razie zmierza w dobrą stronę, mimo wszystko wciąż jedna sprawa nie dawała mi spokoju. Mogłem zwyczajnie wariować, jednak ta dziewczyna miała tak wiele wspólnego z Alisą, że w pewnych momentach aż raziło to w oczy. Musiałem w końcu wbić sobie do głowy to, że ona zginęła, a zamiast tego zapraszam jej sobowtóra na kawę i widuje codziennie na wykładach.
W końcu po pół godzinie wreszcie mogliśmy wyjść i udać się na przerwę. Dziękując w duchu, że nie zdążyłem w tym czasie zdechnąć i się rozłożyć znalazłem kroczącą do wyjścia Al w towarzystwie jakiegoś uśmiechniętego szatyna, żywo gestykulującego na jakiś temat. Przyśpieszając nieco kroku zrównałem się z nimi, wpychając nagle chamsko między nią, a niego, czym widocznie zaskoczyłem obojga.
- Hej, to idziemy?
- Idziemy gdzie? - Alexandra zmarszczyła niezrozumiale brwi, posyłając mi podejrzliwe spojrzenie, a po chwili spoglądając dyskretnie na jej towarzysza.
- Coś zjeść? Pisałem ci smsa, ale pewnie jak zwykle nie odczytałaś - westchnąłem teatralnie, by po chwili odwrócić się w stronę szatyna i perfidnie zajrzeć mu w oczy. - Miło było.
Shail
Westchnąłem ciężko i wysunąłem palce z kosmyków włosów, a moja głowa, teraz już nie podtrzymywana przez dłoń, zsunęła się martwo na ramię. Opierając policzek o miękki materiał bluzy zamknąłem oczy, postanawiając zrobić dzisiejszego dnia chociaż jedną, pożyteczną rzecz i pójść spać. Nie zastanawiałem się nawet nad tym, czy staruszek zauważy mój olewczy stosunek do jego przedmiotu, ponieważ przynajmniej wtedy bym nie skłamał. Poza tym dziadek był tak zajęty wygłaszaniem swojej ognistej przemowy, że cudem byłoby, gdyby zwrócił mi jakąkolwiek uwagę.
W momencie, kiedy poczułem jak powoli odpływam, telefon w mojej kieszeni zawibrował cicho, skutecznie i na dobre odganiając ode mnie sen. Sięgając po niego dłonią życzyłem osobie po drugiej stronie, aby miała dobry powód w napisaniu do mnie.
Billy: Yo, jak wykładzić?
Ja: Nie wkurwiaj mnie.
Billy: <3 Znalazłem ich. Żyją, mają się dobrze.
Ja: Skontaktuj się z nimi, ale nie wspominaj o mnie. Kojarzysz opuszczony szpital psychiatryczny na przedmieściach?
Billy: Okeeeeey, to na razie.
Wywróciłem oczami, z powrotem wsuwając telefon do kieszeni i odetchnąłem z wyraźną ulgą. Szczerze powiedziawszy nie dopuszczałem do siebie myśli, że Naya i Ricko mogliby nie przeżyć, choć gdzieś w głębi złe przeczucia targały mną od środka. Tak czy siak Naya nie dałaby się tak łatwo zabić, a Ricko... Jemu Naya nie pozwoliłaby umrzeć.
Siedząc tak ze świadomością, że wszystko jak na razie zmierza w dobrą stronę, mimo wszystko wciąż jedna sprawa nie dawała mi spokoju. Mogłem zwyczajnie wariować, jednak ta dziewczyna miała tak wiele wspólnego z Alisą, że w pewnych momentach aż raziło to w oczy. Musiałem w końcu wbić sobie do głowy to, że ona zginęła, a zamiast tego zapraszam jej sobowtóra na kawę i widuje codziennie na wykładach.
W końcu po pół godzinie wreszcie mogliśmy wyjść i udać się na przerwę. Dziękując w duchu, że nie zdążyłem w tym czasie zdechnąć i się rozłożyć znalazłem kroczącą do wyjścia Al w towarzystwie jakiegoś uśmiechniętego szatyna, żywo gestykulującego na jakiś temat. Przyśpieszając nieco kroku zrównałem się z nimi, wpychając nagle chamsko między nią, a niego, czym widocznie zaskoczyłem obojga.
- Hej, to idziemy?
- Idziemy gdzie? - Alexandra zmarszczyła niezrozumiale brwi, posyłając mi podejrzliwe spojrzenie, a po chwili spoglądając dyskretnie na jej towarzysza.
- Coś zjeść? Pisałem ci smsa, ale pewnie jak zwykle nie odczytałaś - westchnąłem teatralnie, by po chwili odwrócić się w stronę szatyna i perfidnie zajrzeć mu w oczy. - Miło było.
Shail
Komentarze
Prześlij komentarz