#002
Stojąc przed drzwiami prowadzącymi do uniwersyteckiej biblioteki, prócz beznamiętnego wpatrywania się w widok rozciągający za szkłem i studentów zajmujących miejsca przy szerokich stolikach, wciąż zastanawiałem się nad tym, po co tak właściwie zdecydowałem się tu przyjść, zwłaszcza wtedy, kiedy nadal byłem jednym z najbardziej poszukiwanych kryminalistów.
Od dnia w którym zaczepiłem przed klubem ciemnowłosą tancerkę minęło zdecydowanie za dużo czasu, w którym, jak na złość, ani raz nie przewinęły się osoby Nayi czy Ricko. Szukając ich coraz częściej odczuwałem wrażenie, że gdy byłem już o krok od znalezienia ich, ci dosłownie rozpływali się w powietrzu, tak, jakby nigdy nie istnieli, albo co najmniej mi się przyśnili. Nie wiedziałem już czy bardziej irytował mnie fakt, iż ciągle się ze mną bawili, czy moja własna bezradność ciągnąca się za mną od momentu złapania orłów. Z początku, tuż po mojej ucieczce z psich łap, miałem zamiar zapomnieć o wszystkim i zacząć wszystko od nowa, a przynajmniej się postarać. Plan wydawał się być całkiem niezły, przeniosłem się do Seattle, zmieniłem dane i przez pewien okres czasu wciągnąłem się w wir nudnego, monotonnego życia. A wszystko to trwało do czasu. Parę dni temu dostałem anonimową wiadomość od kogoś, kto twierdził, że wie kim jestem i jeśli chcę, aby pozostało to w sekrecie mam przyjść właśnie do tej jednej biblioteki. Zapewne gdybym całkiem wyzbył się starych nawyków Shaila zignorowałbym tę wiadomość, jednak przeczucie podpowiadało mi, że nie powinien tego robić. I tylko dlatego wchodzę do środka.
Kiedy drzwi wydają z siebie ciche skrzypnięcie zwracam na siebie uwagę tylko paru osób zasiadających najbliżej wejścia. Mimo wszystko szybko tracą mną zainteresowanie, wracając do swoich spraw, a ja stojąc w miejscu rozglądam się uważnie na boki, tak naprawdę nie mając pojęcia kogo szukać.
Po chwili nagle czuje jak ktoś szturcha mnie w ramię i wymija szybko, rzucając tylko krótkie "wreszcie jesteś, chodź, zająłem nam miejsce". Chłopak miał na sobie bordową bluzę z dużym kapturem i szarą czapkę zakrywającą większość kosmyków włosów i choć ciekawiło mnie kim jest już dawno zdążyłem się domyśleć, że nie potrzebujemy gapiów.
Nieznajomy poprowadził mnie między wysokimi regałami wyposażonymi w opasłe tomiszcza książek, parę razy skręcił to w prawo, to w lewo, by w końcu zatrzymać się w ustronnym kąciku z dala od jakichkolwiek ludzkich szpiegów. W którymś momencie przyszło mi na myśl, że może to być pułapka, jednak szybko wyśmiałem samego siebie i krzyżując ramiona na torsie wbiłem spojrzenie w plecy chłopaka.
- Kim jesteś i czego chcesz - zacząłem bez zbędnych uprzejmości, na co nieznajomy parsknął śmiechem.
- Sorki, ale inaczej byś tu nie przyszedł - odparł i odwrócił się w moją stronę z przepraszającym uśmiechem. - Hej, szefie.
-...Billy? - uniosłem wysoko brwi, dalej nie wiedząc już co powiedzieć. Haker, prócz tego, że trochę wyrósł, mało co się zmienił. Dalej nosił te same, podniszczone już okulary, wszędzie zabierał ze sobą laptopa, a ciemnobrązowe włosy schował tym razem pod czapką.
- We własnej osobie. No nie bądź taki zaskoczony. Chyba nie myślałeś, że tak łatwo dam się zabić.
Dopiero po chwili kącik moich ust uniósł się w delikatnym uśmieszku.
- Fakt. Ale ja nie jestem już twoim szefem, orłów nie ma.
- Bo ty zniknąłeś - sprostował, siadając przy laptopie. - Siadaj, trochę nam to zajmie.
Shail
Od dnia w którym zaczepiłem przed klubem ciemnowłosą tancerkę minęło zdecydowanie za dużo czasu, w którym, jak na złość, ani raz nie przewinęły się osoby Nayi czy Ricko. Szukając ich coraz częściej odczuwałem wrażenie, że gdy byłem już o krok od znalezienia ich, ci dosłownie rozpływali się w powietrzu, tak, jakby nigdy nie istnieli, albo co najmniej mi się przyśnili. Nie wiedziałem już czy bardziej irytował mnie fakt, iż ciągle się ze mną bawili, czy moja własna bezradność ciągnąca się za mną od momentu złapania orłów. Z początku, tuż po mojej ucieczce z psich łap, miałem zamiar zapomnieć o wszystkim i zacząć wszystko od nowa, a przynajmniej się postarać. Plan wydawał się być całkiem niezły, przeniosłem się do Seattle, zmieniłem dane i przez pewien okres czasu wciągnąłem się w wir nudnego, monotonnego życia. A wszystko to trwało do czasu. Parę dni temu dostałem anonimową wiadomość od kogoś, kto twierdził, że wie kim jestem i jeśli chcę, aby pozostało to w sekrecie mam przyjść właśnie do tej jednej biblioteki. Zapewne gdybym całkiem wyzbył się starych nawyków Shaila zignorowałbym tę wiadomość, jednak przeczucie podpowiadało mi, że nie powinien tego robić. I tylko dlatego wchodzę do środka.
Kiedy drzwi wydają z siebie ciche skrzypnięcie zwracam na siebie uwagę tylko paru osób zasiadających najbliżej wejścia. Mimo wszystko szybko tracą mną zainteresowanie, wracając do swoich spraw, a ja stojąc w miejscu rozglądam się uważnie na boki, tak naprawdę nie mając pojęcia kogo szukać.
Po chwili nagle czuje jak ktoś szturcha mnie w ramię i wymija szybko, rzucając tylko krótkie "wreszcie jesteś, chodź, zająłem nam miejsce". Chłopak miał na sobie bordową bluzę z dużym kapturem i szarą czapkę zakrywającą większość kosmyków włosów i choć ciekawiło mnie kim jest już dawno zdążyłem się domyśleć, że nie potrzebujemy gapiów.
Nieznajomy poprowadził mnie między wysokimi regałami wyposażonymi w opasłe tomiszcza książek, parę razy skręcił to w prawo, to w lewo, by w końcu zatrzymać się w ustronnym kąciku z dala od jakichkolwiek ludzkich szpiegów. W którymś momencie przyszło mi na myśl, że może to być pułapka, jednak szybko wyśmiałem samego siebie i krzyżując ramiona na torsie wbiłem spojrzenie w plecy chłopaka.
- Kim jesteś i czego chcesz - zacząłem bez zbędnych uprzejmości, na co nieznajomy parsknął śmiechem.
- Sorki, ale inaczej byś tu nie przyszedł - odparł i odwrócił się w moją stronę z przepraszającym uśmiechem. - Hej, szefie.
-...Billy? - uniosłem wysoko brwi, dalej nie wiedząc już co powiedzieć. Haker, prócz tego, że trochę wyrósł, mało co się zmienił. Dalej nosił te same, podniszczone już okulary, wszędzie zabierał ze sobą laptopa, a ciemnobrązowe włosy schował tym razem pod czapką.
- We własnej osobie. No nie bądź taki zaskoczony. Chyba nie myślałeś, że tak łatwo dam się zabić.
Dopiero po chwili kącik moich ust uniósł się w delikatnym uśmieszku.
- Fakt. Ale ja nie jestem już twoim szefem, orłów nie ma.
- Bo ty zniknąłeś - sprostował, siadając przy laptopie. - Siadaj, trochę nam to zajmie.
Shail
Komentarze
Prześlij komentarz